Bangladesz – podróż, pierwsze wrażenia


Dojeżdżamy na lotnisko we Frankfurcie, odnajdujemy nasze stanowisko odprawy – jest już otwarte. Obserwujemy z daleka przebieg wydarzeń. Wszystko wskazuje na to, że prawie nikt nie leci do Bangladeszu. Przez jakieś 20 minut zupełnie nikt nie nadał bagażu, nikt się nie odprawił.

Po kilku minutach oczekiwania podchodzimy nieśmiało i pokazujemy kobiecie przy stanowisku nasze numery rezerwacji i paszporty. Nie wiem czemu (to znaczy już wiem), ale wszyscy spotkani ludzie dziwili się, że lecimy akurat do Dhaki (jest tyle pięknych miejsc na świecie). Pani sprawdza wizy, dostajemy miejsca w drugim rzędzie, przy oknie. Jako, że linia Biman wypożycza samoloty od EgyptAir, otrzymane miejsca to miejsca w pierwszej klasie (podróżujemy klasą biznes), gdzie siedzenia rozkładają się prawie całkowicie.

Bilety do Bangladeszu kupiliśmy już w lutym. Początkowo mieliśmy lecieć w trójkę, ale jedna osoba się rozmyśliła. Śmieszne jest to, że bilety w biznes klasie można było kupić taniej (dużo taniej), niż zwykłe bilety w klasie ekonomicznej – płacimy 1359zł za lot w dwie strony. Dodatkowo możemy korzystać z saloniku biznes klasy na frankfurckim lotnisku – kanapki, przekąski, kawa, owoce, różne rodzaje alkoholu, międzynarodowa prasa, internet – to wszystko mamy za darmo. Najedzeni wsiadamy do samolotu.

Na pokładzie jesteśmy jedynymi Europejczykami. Pierwszy raz w życiu lecę z międzylądowaniem, gdzie nie muszę opuszczać samolotu. Po około 2 godzinach lotu lądujemy w Rzymie. Cała klasa ekonomiczna opuszcza maszynę – zostajemy tylko my i załoga. Po chwili wkraczają osoby odpowiedzialne za sprzątanie. Samolot robi rotację Frankfurt – Rzym – Dhaka – Frankfurt, dlatego podczas lotu z Frankfurtu do stolicy Włoch część pasażerów to ci, którzy dopiero co przylecieli do Europy [do Rzymu], a pozostała część i my to pasażerowie, którzy opuszczają kontynent [z Frankfurtu]. Samolot opuszcza Rzym z ponad 90 minutowym opóźnieniem.

Na pokładzie prawie co chwilę dostajemy to jakąś przekąskę, to jakiś napój. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że, prosząc o jabłko, dostałem zestaw składający się kolejno z: dwóch jabłek, zestawu sztućców z serwetką, soli i pieprzu! Owoce skonsumowałem tradycyjnie, tak jak mnie uczono w domu – ręką. Oczywiście prawą! W Bangladeszu lewej do jedzenia się nie używa! Idziemy spać.

DCIM101GOPRO

Budzimy się tuż przed wylądowaniem. Pasa startowego dotykamy opóźnieni o jakąś godzinę. Kontrola paszportowa przebiega bez problemu, wypełniamy kartę wjazdową i podchodzimy do urzędników granicznych. Jako, że wizę wyrabialiśmy w Hadze (ang. the Hague), zadano mi pytanie ‚why the Hague’. Tłumaczę Panu, że mimo, że w Berlinie jest najbliższa ambasada Bangladeszu, to i tak jedyną, w której Polacy mogą wyrobić wizę, jest ta w Hadze. Urzędnik nieusatysfakcjonowany moją odpowiedzią dalej napiera z pytaniem ‚why the Hague’. Po chwili wyciąga kartkę, coś pisze, rysuje i nagle wszystko wydaje mi się jasne. Pan pytał o to czemu the Hague a nie the New York czy the Berlin. Szczerze mówiąc sam nie mam pojęcia, może ktoś z Was wie?

Na lotnisku kupuję jeszcze tylko kartę SIM – za 1100Tk (100Tk to około 4,4zł) mam 1gb internetu, 30 minut połączeń do Polski (1 minuta to 18Tk) i minuty do Bangladeszu (1 minuta – 0,2Tk).

Wychodzimy z lotniska i łapiemy tuktuk – motorikszę, czy jak kto woli CNG. Przy samym lotnisku oferowane ceny są bardzo wysokie, dlatego oddalamy się trochę od terminala. Ostatecznie zgadzamy się na 500Tk za dojazd do Sadarghat – portu rzecznego w Dhace, skąd chcemy złapać prom do Hularhat. Nikt nie chciał jechać za mniej. Cena z ‚taksometru’ to około 250Tk. W większości przypadków, będąc turystami, płacimy podwójnie.

Przejazd motorikszą z lotniska do portu rzecznego (18km) zajmuje nam 80 minut. Korki w Dhace są największymi jakie doświadczyłem. Stoi w nich wszystko – autobusy, ciężarówki, samochody osobowe, motoriksze, rowery – wszystko. Stojąc w korku trudno odgonić się od żebrzących ludzi (dziękuję za kratę zamiast drzwi!), mało tego, w korku można kupić wszystko, zaczynając od orzeszków ziemnych, bananów, przez książki z obrazkami dla dzieci, słowniki, kończąc na ściennych mapach świata. Do tego ten wszechobecny hałas klaksonów. Nie bez powodu Dhakę nazywają stolicą chaosu.

Wysiadając z rikszy od razu rzuca się na nas grupka dzieci, łapiących za ręce, podkoszulek. Kupujemy szybko wejściówki do portu (5Tk osoba) i uciekamy od tłumu. Pierwotnie mieliśmy zamiar złapać słynny The Rocket – ponad stuletni parowiec, jedną z największych atrakcji Bangladeszu, ale okazało się, że bilety trzeba rezerwować co najmniej na miesiąc przed planowaną podróżą. Los chciał, że z ciekawości podeszliśmy do miejsca, z którego, według przewodnika, miał odpływać statek. The Rocket czekał przy kei. Bangladesz ma to do siebie, że jeśli postoi się chwilę, to zaraz ktoś podchodzi i proponuje swoją pomoc. Nie inaczej było i tym razem. Podszedł do nas starszy mężczyzna, nie najgorzej mówiący po angielsku i oznajmił, że są jeszcze miejsca! Mieliśmy szczęście. Za 3130Tk dostajemy dwuosobowy pokój w pierwszej klasie.

Odpływamy rozkładowo, tuż po 18, jest już dosyć ciemno, mijamy setki małych łódeczek, jest magicznie.

Reklamy

13 myśli nt. „Bangladesz – podróż, pierwsze wrażenia”

  1. Zazdroszczę podróży. Ja chcę poznać kulturę Azji zanim się tam wybiorę – idę teraz na Festiwal Fest Asia (25 i 26 kwietnia w Warszawie), czytam sporo i może kiedyś się tam wybiorę 🙂

    Lubię to

  2. Ja Ci moge powiedziec czemu ‚The Hague’ (po hol. Den Haag), bo mieszkalam w Holandii. Tak w skrocie to pelna nazwa miasta to s-Gravenhage a w sredniowieczu bylo to Des Graven Hage, czyli The Count’s Hedge. Chodzi tutaj o uzycie biernika w sensie gdzie cos sie wyrabia no i tak juz zostalo tak samo jak w innym miescie w Holandii Den Bosch.
    Generalnie jest duzo miast, ktore maja ‚the’ (nie wiem jak to po polsku sie nazywa) ale sie o nich zapomina, np. l’Isle of Man, Los Angeles, Las Vegas, itd 🙂

    Lubię to

  3. Dobra, powiedzmy sobie wprost: ZARĄBIŚCIE i nie tylko ja jestem tego zdania jak widzę w komentarzach. Bloga z Bangladeszu jeszcze nie widziałem, zatem masz gwarancję, że będę tu wracał!
    O Bangladeszu wiem tyle, że jego stolicą jest Dhaka, zatem jak widać niewiele, a to doskonały powód, by tam pojechać 😉 Wyjazd zacznę od Twojego bloga.

    Lubię to

  4. W biznes klasie to chyba człowiek czuje się jak szlachta! Bangladesz to bardzo ciekawy kierunek, ciekawa jestem czy kobieta podrózująca samotnie nie będzie mieć tam problemów?

    Lubię to

    1. To muzułmański kraj i trzeba dostosować się do typowych dla islamu zasad dotyczących kobiet, aczkolwiek młodzi Bengalczycy mają podobne podejście do religii jak i Polska młodzież. Śmiem twierdzić, że Bangladesz dla samotnie podróżującej kobiety jest bezpieczniejszy niż Indie.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s