Bangladesz – od Hularhat do Khulny


Około 10:30 nasz The Rocket dobija do portu w Hularhat. Szybko pakujemy się, opuszczamy naszą koję w pierwszej klasie, regulujemy opłatę za wczorajszą kolację i dzisiejsze śniadanie oraz opłacamy dość znacznie wymuszony napiwek dla obsługi. W kolejce po napiwek ustawiło się parę osób, których, de facto, w ogóle nie widziałem na pokładzie. Dajemy tylko około 100Tk starcowi, który znalazł nam miejsce na łodzi i później serwował posiłki. Staruszek, niezadowolony z kwoty, jak większość Bengalczyków w kraju, zapytał o więcej. Sami niestety nie mieliśmy za wiele pieniędzy na kolejne dni. Opuszczamy parowiec.

Porty (ben. ghat) poza stolicą mieszczą się głównie na pływających platformach, przypominających trochę stare statki lub będących nimi (poniżej zdjęcia różnych portów). Tuż przy zejściu z platformy stoją mężczyźni, kontrolujący jakieś świstki u przechodzących ludzi. My sami mamy problem bo nic takiego nie mamy, nasz bilet wyglądał całkowicie inaczej, a wejściówka do portu w Dhace została dość znacząco potargana przez tamtejszego kontrolera. Udajemy chwilę, że gdzieś szukamy tych papierowych bilecików, ale ostatecznie mówimy, że zostawiliśmy je na pokładzie statku, który właśnie odpływał w swoją dalszą podróż. Nikt nie robił z tego problemu.

Naszym celem na kolejne dni było: zwiedzanie Bagerhat, dotarcie do Khulny i znalezienie taniego noclegu oraz kupienie nocnego autobusu do Dhaki.

Zaraz po opuszczeniu portu łapiemy rikszę na dworzec autobusowy (to chyba zbyt górnolotne określenie jak na bangladeskie realia), a następnie autobus do Bagerhat – płacimy odpowiednio po 15 i 40Tk. W tej części Bangladeszu bardziej popularne są elektryczne riksze niż tzw. motoriksze czy CNG. Oprócz nas w pojeździe upchanych jest jeszcze 5 osób. Na przeciwko mnie usiadł chłopak, który próbował się jakoś ze mną dogadać łamanym angielskim, wspominał cały czas jak to ciężko się żyje w ich kraju. Wymieniliśmy się swoimi profilami na facebook’u i zapewniłem go około dziewięciu razy, że akceptuję jego friend request. Wysiada chwilę wcześniej, dosyć emocjonalnie żegnając się ze mną. Niestety nie mamy czasu na skorzystanie z jego oferty odwiedzenia wioski w której żyje. Chwilę później dojeżdżamy na dworzec i zaczyna się scena, której potem doświadczaliśmy wielokrotnie – płacimy za usługę w trochę większych nominałach (łącznie powinniśmy zapłacić 30Tk, płacimy setką). Kierowcy mają to do siebie, że wydają po 10Tk za każdym razem patrząc w oczy i pytając czy wystarczy. My jesteśmy nieugięci i ostatecznie facet zdziera z nas 10Tk więcej niż się umawialiśmy.

W autobusie do Bagerhat również spotkała nas śmieszna sytuacja. Najpierw byliśmy jedynymi pasażerami, którzy czekali na odjazd, potem dosiadł się do nas jakiś chłopak, który dosłownie gapił się na Mariusza przez 5 minut, a następnie przesiadł się bliżej, żeby móc i mnie poobserwować. Kolejni pasażerowie zrobili nieinaczej. W Bangladeszu jesteś gwiazdą! ‚What is your country sir’ towarzyszy nam na każdym kroku. Pan, któremu jako pierwszemu odpowiedzieliśmy, że pochodzimy z Polski, informował już każdego wsiadającego pasażera słowem ‚Poland’ zanim ten zdążył nas zauważyć. Autobus zatrzymuje się wielokrotnie po drodze na 5-10minut, co znacznie przedłuża czas podróży. W międzyczasie do środka wchodzą żebracy, muzułmanie wykrzykujący jakieś modlitwy oraz sprzedawcy z bananami, orzeszkami i innymi przekąskami. Wysiadamy i łapiemy kolejną elektryczną rikszę.

Łapiąc dowolny środek transportu w mieście na dworcu czy innym bardziej publicznym miejscu zdawaliśmy się na nasz sposób, a mianowicie czytaliśmy cenę podaną w przewodniku (potem już sami nauczyliśmy się oceniać odległości i kwoty do zapłacenia), podawaliśmy ją w tłum rikszarzy, kierując słowa do pierwszego lepszego kierowcy. Zazwyczaj większość się nie zgadzała, wtedy odchodziliśmy i kończyło się to na dwa sposoby – albo po odejściu jakichś 100-200 metrów ktoś podjeżdżał i decydował się na podwiezienie nas za naszą lub nieznacznie wyższą cenę, albo ktoś zgadzał się na naszą kwotę i zaczynała się licytacja wśród kierowców, który da mniej. Za 50Tk od osoby dostajemy się pod Meczet Shait Gumbad – jednego z trzech miejsc w całym kraju, wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (oprócz Parku Narodowego Sundarbans i ruin buddyjskiej wihary w Paharpurze).

Bagerhat to średniej wielkości miasto, liczy około 250 tys. mieszkańców. Meczet Shait Gumbad został wybudowany już w 1459 roku. Nazwa znaczy dosłownie ’60 kopuł’. Budynek posiada ich jednak aż 77. Wstęp dla obcokrajowców to koszt rzędu 200Tk. Cena obejmuje również możliwość wejścia do muzeum, znajdującego się tuż obok. Korzystamy z okazji i oglądamy eksponaty. Jedno z najgorszych muzeów w jakich byłem. W środku nie ma prawie nic, może oprócz figurki wielkiego krokodyla. Dodatkowo zostajemy pośpieszani ‚keep going’ – na każdy eksponat mamy może mniej niż sekundę. Tuż przed wyjściem jesteśmy proszeni o wpisanie się do księgi gości (na to mamy nieograniczoną ilość czasu), każdy z osobna musiał skleić 3-4 zdania, jedno nie wystarczyło. Zostajemy jeszcze poproszeni o zapłatę bakszyszu za możliwość odbycia maratonu przez muzeum. Bangladesz – tego nie ogarniesz.

Na drodze tuż przed meczetem łapiemy autobus do Khulny – płacimy 60Tk od osoby. Po drodze kierowca zatrzymuje się i pokazuje nam autobus, w który mamy się przesiąść. Naganiacz płaci za nas drugiemu naganiaczowi i jedziemy dalej. Podróż trwa około 40-50 minut.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s