Bangladesz – Cox’s Bazar, najdłuższa plaża świata – część 1


Po wylądowaniu w Cox’s bazar odbieramy swoje bagaże prosto z płyty lotniska i opuszczamy budynek. Znów atakowani jesteśmy przez rikszarzy. Jest ich na szczęście tylko dwóch. Nasza docelowa cena – 50Tk za podwózkę do centrum. Standardowo zbijamy cenę z zaproponowanych 200, potem 100Tk, potem 50Tk i już wsiadamy do naszego pojazdu, kiedy drugi kierowca zbija cenę do 40Tk, potem pierwszy do 30Tk i ostatecznie jedziemy za 10Tk (około 0,44zł). Nasz cel – znalezienie noclegu.

Na początku jedziemy do Hotelu Panowa opisanego w przewodniku – wg Lonely Planet ceny wahają się od 100 do 300Tk. Nam oferują 500Tk. Oglądamy pokój, jeden z najgorszych jakie widziałem w Bangladeszu, rezygnujemy. Nasz rikszarz czeka na nas i proponuje, że zawiezie nas do innego hotelu. Znalazł nam pokój na 4 piętrze z widokiem na wody Zatoki Bengalskiej – cena około 3000Tk za 2 noce bez klimatyzacji. Ostatecznie nasz kierowca zbija cenę do 2000Tk za 2 noce za 2 osoby. Pokój nieporównywalnie lepszy od poprzedniego, ma balkon, siedzącą toaletę (w Bangladeszu standardowa to kucana) i przyjemny widok na okolicę i plażę. Postanawiamy dać kierowcy napiwek i wymieniamy się numerami (ja niestety przypadkowo nie zapisuję numeru), wspomina jeszcze żebyśmy tu nikomu nie ufali. Rozpakowujemy się szybko i ruszamy na plażę. W międzyczasie do pokoju wchodzi jakiś mężczyzna, który z całego serca wita nas w swoim kraju, jest nauczycielem angielskiego i proponuje, że możemy spędzić z nim kolejny dzień. Wiele naczytaliśmy się o bengalskiej gościnności więc z chęcią się zgadzamy.

Miasto słynie z tego, że jest największym na najdłuższej nieprzerwanej naturalnej plaży na naszej planecie. Liczy ona 125km długości i rzeczywiście wydaje się nie kończyć ani w jedną ani w drugą stronę. Nazwa brzmi pięknie, bo jak inaczej wyobrazić sobie taką plażę? Nic bardziej mylnego. Przecież to Bangladesz. W samym środku miasta do morza uchodzi jeden wielki ściek. Dosłownie są leżaki po jednej stronie, leżaki po drugiej stronie i pomiędzy nimi potok ścieków przez który przeskakują tubylcy chcąc przedostać się z jednej strony na drugą. Miasto mimo wszystko ma potencjał, wybudowano tutaj wiele nowoczesnych kompleksów wypoczynkowych (o cenach nieosiągalnych dla nas), ale są też miejsca i hotele, które wyglądają jakby w budowie pozostawały od wiele lat.

Wzbudzamy zbyt wielkie zainteresowanie na głównej części plaży i postanawiamy pójść wzdłuż brzegu na południe dalej, próbując uchronić się przed grupką natarczywie żebrzących dzieci, które łapią nas za ręce i ubrania prosząc o bakszysz, widać, że poniekąd mają z tego frajdę.

Po przejściu 3 do 5 kilometrów zatrzymujemy się i jest cudownie! Jesteśmy jedynymi osobami w zasięgu wzroku, gdzieś tam tylko z tyłu słychać odgłosy drogi i domostw znajdujących się pomiędzy nią a plażą.

W pewnych miejscach, co jakiś czas, piasek na plaży robi się czerwony. Okazuje się, że biega po nim kilkaset 5-6 centymetrowych czerwonych krabów z oczami na czułkach wyglądającymi jak dwa tic taki nabite na dwie czerwone wykałaczki. Skorupiaki tworzą wiele głębokich dołków, nadając plaży charakterystyczny dziurawy wygląd. Biegają bardzo szybko.

Oprócz czerwonych krabów natykamy się również na bardzo przyjemnego i towarzyskiego kraba pustelnika.

W drodze powrotnej postanawiamy złapać elektryczną rikszę. 20Tk do centrum, rikszarz od razu się zgodził. Dojeżdżamy na miejsce, płacimy setką, i co? I rikszarz próbuje odjechać. Standard. Obsługa restauracji, do której jechaliśmy tłumaczy, że mężczyzna nie ma pieniędzy, ale to nie jest powód, żeby nas okradać. Mógł wcześniej powiedzieć wyższą cenę, pewnie i tak byśmy na nią przystali. No, ale cóż, czujemy się oszukani i opuszczamy również lokal.

Kolację jemy w opisanym w Lonely Planet Beach Cafe, znajdującym się na plaży. Przewodnik ma niecałe 2 lata, a ceny w rzeczywistości znacznie odbiegają od tych podanych w nim. Za dwie porcje ryżu oraz kraba i dwie kawy płacimy 700Tk. Drogo jak na otrzymaną ilość. Dodatkowo wydawało się, że krab był nadziewany tylko papryczkami chilli.  Płakaliśmy jedząc, ale taka właśnie jest tutejsza kuchnia.

Wieczorem spacerujemy wzdłuż głównej ulicy. Spotykamy mężczyznę, z którym umówiliśmy się na jutro, cieszy się że nas widzi. Jesteśmy umówieni.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s