Bangladesz – Cox’s Bazar, najdłuższa plaża świata – część 3


Zmęczeni wycieczką z Maxem, dopiero wieczorem wychodzimy na miasto. Musimy sobie załatwić poranny transport do Chittagong, jednego z większych miast Bangladeszu, liczącego około 4 milionów mieszkańców. Na głównej ulicy, przebiegającej wzdłuż wybrzeża, można kupić bilety u kilkunastu firm przewozowych – do wyboru, do koloru. Autobusy jeżdżą od 7 rano do późnego wieczora. Można wybierać pomiędzy klimatyzowanymi, nieklimatyzowanymi, dwupiętrowymi, klasą normalną, klasą biznes, autobusami z miejscami siedzącymi jak i z kuszetkami. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ceny również wahają się znacznie – od 200 do 1000 Taka za osobę.

My z Mariuszem wybieramy autobus o 7 rano, okienko wieczorem jest zamknięte, ale pan z sąsiedniego stanowiska mówi, że nie będzie problemu, jak zjawimy się tuż przed odjazdem. W przewodniku opisana jest bardzo znana w mieście restauracja – Mermaid Cafe. Głodni nie jesteśmy, ale postanawiamy udać się na jakiś egzotyczny koktajl.

Dostanie alkoholu w Bangladeszu graniczy z cudem. Nie sprzedają go w sklepach ani nie podają w restauracjach. Jedynym dostępnym piwem jest piwo bezalkoholowe. Ceny również są zawrotne – 500 Taka (około 22zł) za puszkę 0% napoju. W drodze do restauracji pytamy czy mają coś procentowego. Sprzedawca kiwa przecząco głową, ale szuka zaraz czegoś, grzebie w pudłach i ostatecznie rozglądając się dookoła, czy nikt nie patrzy, wyciąga piwo z alkoholem spod lady (dosłownie było wciśnięte pomiędzy nią a podłogę) i pokazuje nam dyskretnie. 8%. Pytamy o cenę – 2000 Taka. Nie mamy aż takiej potrzeby napicia się piwa by za puszkę zapłacić 88zł…

Mermaid Cafe to restauracja w stylu podobnym do tych z indyjskiego Goa, puszczają światowe przeboje, drewniane wykończenia, siedzenia na otwartej przestrzeni, angielskojęzyczna obsługa. Menu jest imponujące – na każdej stronie jedna potrawa, z doskonale wykonanym zdjęciem – aż ślinka cieknie. Ceny dań są jednak z kosmosu, za obiad dla dwóch osób można zapłacić od 80zł wzwyż. Ostatecznie bierzemy mrożoną kawę i koktajl z mango. Odpowiednio 120 i 165 Taka. Ku naszemu zdziwieniu natykamy się na Maxa. Ma czelność pytać czy może się dosiąść. Zgadzamy się, ale chyba wyczuł naszą niechęć i odszedł. Polował na kolejnych turystów, których ‚przyjacielem’ mógłby zostać.

bangla1-49

Wstajemy spakowani o 6 rano i idziemy na autobus. Już wtedy dało się wyczuć coś dziwnego – było zbyt cicho. Autobusy przejeżdżające przez miasto mają zwyczaj trąbić raz na kilka sekund przez kilka sekund. Nie słychać było klaksonów. Okazało się, że dzisiaj nie odjedzie nic – kolejny strajk! Mało tego, jutro również nic nie jeździ! Bangladesz… Utknęliśmy na kolejne dwa dni.

Zawiedzeni szukamy nowego hotelu, może w okolicy jest coś tańszego. Na ratunek przybywa Hotel Sea Alif – za dwie noce za pokój dwuosobowy chcą 1200 Taka – to tylko 12zł za noc za osobę! Nie mamy już widoku na morze, a naszym współlokatorem zostaje jaszczurka, która zadomowiła się w dziurze nad drzwiami do łazienki. Standard pokoju niewiele gorszy od poprzedniego.

Kolejne dwa dni spędzamy spacerując to po mieście, to po plaży, skupiamy się głównie na zakupie jakichś pamiątek i jedzeniu. Odwiedzamy między innymi tutejsze KFC, w którym potrawy serwowane są z ryżem (200Tk ryż z sosem, 125Tk frytki, 90Tk duży napój, 600Tk za duży zestaw obiadowy, 180Tk za dwie gałki lodów z polewą – ceny jak w Polsce albo nawet i droższe). Na głównej ulicy znajduje się również Cafe 14 – miejsce tylko dla wybranych, nie ma tam prawie nikogo, pewnie ze względu na ceny i lokalizację przy jednym z tych najlepszych hoteli – możemy chwilę tu odsapnąć od spojrzeń tubylców na ulicach i zaczepek rikszarzy. Kawa 215Tk.

Trochę dalej w kierunku lotniska odkrywamy tutejszą kulinarną perełkę – Hot Chilli Cafe. Jedzenie jest tam tak dobre, że wracamy kilkukrotnie. Za obiad składający się z przepysznej zupy tajskiej, kurczaka z ryżem i napoju płacimy po 395Tk. Za zestaw ‚posiedzimy tu chwilę’ składający się z zupy, butelki wody, shake’a truskawkowego i drugiego lodowego, herbatę masala i kawę płacimy 355Tk – około 15zł.

Na targu na plaży można kupić bardzo ciekawe i tanie pamiątki, głównie są to przedmioty wykonane z muszel morskich albo i same muszle, niektóre przeogromne. Nie wiem, czy można by było je przewieźć do Polski więc odpuszczamy.

Z zabawnych historii zdarzyło nam się jeszcze, że codziennie po kilka razy podjeżdżał do nas jeden z rikszarzy, krzyczał ‚Heloooooooo!’ i natychmiast odjeżdżał. Dopiero za którymś z kolei razem zorientowałem się, że to jedna i ta sama osoba.

5 dnia naszego pobytu na najdłuższej plaży świata łapiemy w końcu autobus do Chittagong!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s