Kapsztad – pierwszy dzień w RPA


Lot z Dubaju do Kapsztadu trwa dziewięć godzin i pięćdziesiąt minut. Na miejscu lądujemy o czasie, dostajemy pieczątki, dzięki którym możemy pozostać na terenie RPA do 30 dni. Udajemy się załatwić kartę SIM do telefonu (60 ZAR to 50 smsów + 10 minut, za 100mb płacimy 30 randów) oraz wynająć samochód.

Standardowo rozdzielamy się i szukamy najtańszej oferty, samochód musimy oddać w Port Elizabeth siedemset pięćdziesiąt kilometrów dalej na wschód. Nasz wybór to biały Chevrolet Sonic, mieścimy się w piątkę z bagażami bez problemu. Lotnisko opuszczamy po jakimś czasie kierując się do naszego hosta Calluma, który mieszka w Muizenberg. Jeszcze w Polsce obawialiśmy się, czy ktokolwiek zechce gościć tak liczną grupę. Ja sam hostowałem maksymalnie 4 osoby jednocześnie, a surfowaliśmy najliczniej w szóstkę na dwie noce i wtedy było ciężko o znalezienie noclegu. Na szczęście nigdy nie musieliśmy się w Afryce rozstawać. Postanowiliśmy wybrać trasę biegnącą na południe z lotniska i potem wzdłuż wybrzeża aniżeli jechać do centrum i potem odbić w kierunku przylądka. Ankey była naszą pierwszą, która posmakowała jazdy po lewej stronie. Problemy pojawiały się tylko na skrzyżowaniach. Nie znając okolicy (bo skąd?), wjechaliśmy prosto w dzielnicę slumsów, wzdłuż drogi znajdowały się setki starych, zniszczonych domów, a dookoła nich grillujący ludzie (to tutaj sport narodowy), wszyscy czarni. Nie spoglądali na nas wrogo, ale dopiero nasz host później uświadomił nas w jak niebezpiecznej części miasta byliśmy. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na pobliskiej plaży. Pogoda jest cudowna, jak na środek zimy powietrze jest świeże i rześkie.

Wieczorem nasz gospodarz wychodzi na obiad z bratem. Zostawia nam klucze, gdybyśmy po odpoczynku po podróży chcieli pokręcić się po okolicy. Coś tam tłumaczy na temat klucza i o tym jak wyjść, ale w związku z tym, że jest nas piątka, jakoś nie przywiązuję do tego uwagi – ktoś na pewno zapamięta. Oczywiście każdy pomyślał tak samo i wychodząc zamiast otworzyć bramkę włączamy alarm. Po chwili dzwoni telefon – trafiło na Kasię, musi szybko wytłumaczyć ochronie co się stało. W międzyczasie my próbujemy się dodzwonić bezskutecznie do Calluma, bo kobieta prosi o jakiś specjalny kod. Tłumaczenia Kasi na nic się nie zdają, głos w słuchawce odpowiada na każde zdanie ‚so you are intruders’. Trudno to podważyć, nie mamy żadnego wytłumaczenia. Po pięciu minutach podjeżdża jakiś pick-up, wychodzi tęgi, czarnoskóry mężczyzna, ocenia sytuację, przedstawia się, pyta Marcina o imię (ale tylko jego!) i odjeżdża. RPA, dziwny to kraj. Później okazało się, że Callum w ogóle nie ma ochrony.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s