Port Elizabeth – przed podróżą do Lesotho


Jak już wspomniałem we wcześniejszym poście, w samym Port Elizabeth nie ma nic ciekawego. Dla turystów to trzystutysięczne miasto jest jedynie bazą noclegową podczas podróży z zachodniego na wschodnie wybrzeże. W okolicy znajduje się między innymi Park Narodowy Addo Elephant, południowoafrykańska mekka dla chcących zobaczyć dziko żyjące słonie.

Od samego początku mówiono nam, że jadąc do Parku Narodowego Chobe w Botswanie, możemy sobie odpuścić jakikolwiek inny park w całej południowej Afryce. Dlatego też nie odwiedzamy Addo Elephant National Park. Z opowiadań wielu napotkanych po drodze turystów wynika, że jednak warto o niego zahaczyć, podróżując tylko po RPA.

Wolny czas w Porcie Elizabeth przeznaczamy na formalności związane z podróżą do Lesotho. Oddajemy naszego Chevroleta, którego wypożyczyliśmy w Kapsztadzie. Już wcześniej zarezerwowaliśmy kolejny samochód dzięki pośrednikowi Drive South Africa. Był to pojazd z grupy SUV-ów z napędem 2×4. Bardzo ciężko było znaleźć nam jakiekolwiek 4×4. Wszystkie zostały zarezerwowane na długo przed naszym przyjazdem do RPA. Bez napędu na cztery koła zmuszeni będziemy porzucić nasze plany zjazdu ze słynnego Sani Pass – przejścia granicznego pomiędzy Lesotho a RPA, znajdującego się w Górach Smoczych. Pod znakiem zapytania stanęła również kwestia przejazdu przez to górskie państwo.

Nie poddajemy się. Postanawiamy zapytać w każdej wypożyczalni samochodów na lotnisku w PE czy mają jakieś wolne 4×4. I jest! Jeden jedyny wolny samochód w całej prowincji z napędem na cztery koła! Mimo wielu zapewnień Drive South Africa o braku pojazdu tego typu, znajdujemy to, na czym nam zależało – Nissan NP300. Po przeprowadzeniu kilkudziesięciu rozmów telefonicznych z wyżej wymienionym pośrednikiem udaje nam się zmienić rezerwację.

Z lotniska udajemy się prosto do centrum. Łapiemy taksówkę, ściskamy się w kilka osób na tylnym siedzeniu i przecinamy miasto z czarnoskórym taksówkarzem, powtarzającym ciągle „Okayyyyyy, Alriiiiiight” do tego stopnia często, że zmuszony byłem kierować go, używając własnego GPSa w telefonie.

Powinniśmy byli tu skręcić.

– Okaaaay, All right, no problem my friend.

Szczęście chciało, że zatrzymaliśmy się w bardzo klimatycznym miejscowym browarze – the Bridge Street Brewery. Piwo lokalne to koszt 30 randów, porcja kalmarów serwowanych z sosem limonkowym, pieczonymi ziemniakami i warzywami to 68 randów.

Wieczorem, po przechadzce po mieście, które niczym szczególnym nas nie zachwyciło, wracamy do domu Andrew – naszego gospodarza.

Dyskutujemy bardzo długo nad sensem wyruszania na noc w trasę. Andrew tłumaczy nam jak wiele niebezpieczeństw czeka na drogach nocą – od czarnych ludzi, których najzwyczajniej nocą nie widać idących poboczem, po dzikie zwierzęta – antylopy i małpy oraz krowy. Widać, że się bardzo martwi. Sami zaczynamy się zastanawiać czy podołamy – to w końcu 700 kilometrów w tym powolna wspinaczka ku górze. Podejmujemy decyzję – jeśli zostaniemy, stracimy cenny czas. Musimy koniecznie wyruszyć. Tak też robimy.

Jeśli podobał Ci się wpis i chcesz być na bieżąco z kolejnymi – polub FANPAGE’A lub zapisz się do NEWSLETTER’A (lewe menu boczne). Dzięki!

Szukasz taniego noclegu w Port Elizabeth? Skorzystaj z MULTIPORÓWNYWARKI HOTELI.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s