Kazungula – pomiędzy granicami.


Dźwięk budzika. Otwieram oczy. Małe pomieszczenie z trzema łóżkami piętrowymi oświetla żarówka, wisząca w połowie wysokości pokoju. Zapewne wczoraj zasnęliśmy przy zaświeconym świetle zmęczeni po imprezie w centrum miasta. Siadam na łóżku i przez chwilę obserwuję małego karalucha kroczącego po mojej moskitierze. Dobrze, że cały bagaż spał razem ze mną na łóżku.

Bierzemy szybki prysznic i opuszczamy dom naszych wspaniałych zambijskich gospodarzy. Ivor, jeden z nich, postanawia zaprowadzić nas na dworzec i złapać taksówkę do małej wioski na granicy. Taksówkarze nie chcą wziąć pięciu osób na raz, w końcu to Afryka – nie ma problemu, że dwadzieścia osób jedzie na jednej ciężarówce, ale żeby w taksówce jechała jedna osoba ponad dostępną ilość miejsc, to już problem.

Po kilkunastu minutach kręcenia się pomiędzy samochodami w końcu udaje nam się znaleźć człowieka, który zmieści naszą piątkę na tylnym siedzeniu wraz z częścią bagaży.

Podróż z Livingstone do granicy z Botswaną trwa nieco ponad godzinę. Droga jest prosta po sam horyzont, po lewej i po prawej rozpościera się sawanna. Gdzieniegdzie widać drzewa akacjowe.

Po sześćdziesięciu kilometrach, na pierwszym skrzyżowaniu odkąd opuściliśmy Livingstone, skręcamy w lewo. Mijamy kilkadziesiąt ciężarówek z Demokratycznej Republiki Konga ustawionych w kilkukilometrowy sznur. Odmówiono im wjazdu do Botswany z powodu wykrycia pierwszych ognisk eboli w tym kraju. Podczas naszej wyprawy po południowej Afryce, w czasach eboli, to właśnie Botswana okazała się najbardziej ostrożnym państwem pod względem zabezpieczenia przed szerzeniem się choroby.

Kazungula to miasto na granicy czterech państw – Namibii, Zimbabwe, Zambii i Botswany. Pomiędzy ostatnimi dwoma linia graniczna liczy tylko 150 metrów długości i aby ją przekroczyć trzeba przeprawić się przez rzekę Zambezi.

Taksówkarz wysadza nas kilkaset metrów przed stanowiskiem kontroli dokumentów. Pozostałości zambijskich kwaczy (kwacha – waluta Zambii) możemy wymienić u przydrożnych handlarzy na waluty kilku krajów – Botswany, RPA, Namibii, USA, Kanady, Wielkiej Brytanii oraz na euro. Niektóre przeliczniki są bardzo korzystne, inne mniej. Warto skontrolować kurs wymiany wcześniej. Targując się możemy ugrać nawet kilkanaście procent.

Kontrola graniczna po stronie zambijskiej przebiega bardzo szybko, udajemy się w kierunku rzeki odpędzając się od handlarzy pamiątek. Najzwyczajniej w świecie nie mamy już pieniędzy na ręcznie robione, drewniane żyrafy, słonie, kubki, talerze, a szkoda bo są całkiem urodziwe.

Handlarze pamiątek
Handlarze pamiątek

W pewnym momencie jeden z czarnoskórych sprzedawców łapie mnie za spodnie. Odwracam się trochę oburzony i widzę, że dziewczyny w międzyczasie zdążyły wyciągnąć swoje staniki i podkoszulki z plecaków. Grupowa rozbieranka? Zaskoczony zastanawiam się o co chodzi.  Afryka – pomyślałem – zaczynamy handel wymienny. Dopiero co wymieniony na drewnianą żyrafę podkoszulek ląduje u kobiety obok za, już prawdziwe, pieniądze.

W gorączce zakupów, albo jak kto woli – w gorączce wymiany, zauważamy, że nasz prom szykuje się do odpłynięcia. Oddaję swoje dżinsy, biorę kilka drewnianych mis i po chwili wskakuję z resztą ekipy na prom, na którym już stoi kilkutonowy tir i ludzie z ogromnymi koszami na głowach.

Przeprawa promowa trwa jakieś siedem minut, na pokładzie, w malutkiej budce znajduje się osoba odpowiedzialna za bilety, które sprzedawane są tylko właścicielom pojazdów. Płyniemy za darmo. Trasa rejsu przebiega przez terytorium Zimbabwe, na szczęście tym razem nie potrzebujemy horrendalnie drogiej wizy. Gdzieś w połowie rzeki – zapewne właśnie na terytorium wspomnianego kraju – zauważamy białą osobę rozpaczliwie machającą rękami na zambijskim brzegu. Szybki rzut oka na ekipę – jest nas tylko czworo. Drugi szybki rzut oka – brakuje Marcina. Biedak w ferworze walki o najlepsze pamiątki zapomniał, że musimy płynąć.

Zmuszeni poczekać na kolejny transgraniczny przerzut pasażerów siadamy w terminalu, który okazał się być jednym, okrągłym, betonowym stołem w cieniu niewysokiej akacji.

Po kilkunastu minutach, stęsknieni, witamy Marcina po drugiej stronie Zambezi – już w Botswanie. Ruszamy na oddalony o dobre pół kilometra punkt kontroli paszportów.  Z oddali widzimy stado małp dewastujących pozostawionego na parkingu tira. Chowamy siatki z jedzeniem i uzbrajamy się w długie kije. W Zambii widzieliśmy na co stać te bezwzględne potwory.

Małpy na ciężarówce
Małpy na ciężarówce (te na drugim planie) 😉

Kontrola graniczna po stronie botswańskiej trwa o wiele dłużej, jesteśmy dokładnie wypytywani o dotychczasową trasę naszej wycieczki, o plany, o adres hotelu, w którym się zatrzymamy (tradycyjnie wymyślamy jakąś nazwę). Botswana jest jednym z niewielu krajów Afryki (oprócz Maroka, Tunezji, Gambii, RPA, Lesotho i Suazi), do którego wjedziemy bez wizy.

Jesteśmy w Botswanie!

Budynek kontroli paszportowej.
Budynek kontroli paszportowej.

Jeśli podobał Ci się wpis i chcesz być na bieżąco z kolejnymi – polub FANPAGE’A, profil na INSTAGRAMIE lub TWITTERZE. Dzięki!

Advertisements

Jedna myśl nt. „Kazungula – pomiędzy granicami.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s